
Krzyk w rodzicielstwie
19:12 — dziecko rozlewa kakao. Ty jedziesz na oparach i z Twoich ust znowu wychodzi ton, którego najbardziej u siebie nie znosisz… W tej samej sekundzie wpada Ci do głowy: „Od rana krzyczę… przecież obiecywałam sobie, że nie będę”.
I wtedy pojawia się pytanie, które wraca jak bumerang: czemu krzyk w rodzicielstwie ciągle wraca, skoro tak bardzo nie chcesz?
Najczęściej chodzi o to, że próbujemy wyeliminować zachowanie, ale nie dotykamy tego, co je odpala. Wtedy zmiana jest bardzo nietrwała.
W rodzicielstwie często wygląda to tak: „Od dziś nie krzyczę”. Tutaj wjeżdża jakiś plan: techniki, porady z Instagrama, jakiś kurs, który obiecuje, że w 30 dni „wyeliminujemy krzyk”. Jesteśmy zdeterminowani, więc wdrażamy metody.
Dzień 1 — super.
Dzień 2 — super. Rośnie ulga i duma, że „tym razem się uda”.
A potem przychodzi dzień 8… bach. Krzyk wraca.
Nie poddajesz się, bo przecież „tak może być”.
Dzień 9 i 10 — znowu sukces.
Dzień 11? Powtórka z rozrywki.
W pierwszych 2 tygodniach jest trochę lepiej niż było, ale plan ląduje na półce, a codzienność powoli wraca do „starego” i w głowie zostaje okrutny wniosek: „Nie nadaję się. Jestem do niczego.”
Takie zabieranie się za zmianę jest jak espresso. Dziś trzymamy się w ryzach, jutro jeszcze trochę… a za tydzień wraca codzienność, a my znowu zostajemy sami z hasłem: „Miałam nie krzyczeć”.
To nie jest opowieść o tym, że coś robimy głupio. To jest opowieść o tym, że taka zmiana zwykle opiera się na jednym filarze: samokontroli.
A samokontrola jest jak mięsień, który puszcza… dokładnie wtedy, kiedy jest najtrudniej.
To nazywam efektem jojo w rodzicielstwie: przez chwilę jesteś „aniołem”, potem rośnie napięcie, a potem przychodzi wybuch i poczucie winy.
Do tego dochodzi jeszcze jeden ciężar, o którym mało kto mówi wprost: lęk.
Nie mały stresik, tylko ten z gatunku:
„Jak nie przestanę krzyczeć, to zmarnuję mu dzieciństwo.”
„Jak nie przestanę krzyczeć, to doprowadzi do nieodwracalnych zmian w jego mózgu.”
I wtedy zamiast zmiany, która powinna nas wspierać i podnosić jakość naszego życia, kneblujemy połowę siebie „dla dobra dziecka”.
Kiedy zmiana polega na tym, że mamy „nie krzyczeć”, łatwo wpaść w bycie strażnikiem, który pilnuje, żeby podniesiony ton nie wydostał się na zewnątrz. Tylko jest pewien paradoks: najtrudniej o samokontrolę wtedy, kiedy robi się pod górkę, czyli dokładnie wtedy, kiedy najbardziej jej potrzebujemy.
Dodatkowo dziecko… często wcale nie pomaga.
Im bardziej zaciskamy zęby, żeby utrzymać spokój, tym bardziej ono krzyczy, buntuje się i wścieka. Próbujemy je wtedy przywoływać do porządku, zaciskamy zęby jeszcze bardziej, liczymy do dziesięciu, mówimy do siebie „zachowaj spokój, nie daj się sprowokować”… a ono nic sobie z tego nie robi.
I w którymś momencie w środku pojawia się myśl:
„To ja się staram, a ten się drze i drze. Jakbym się nie starała, to się nie da.”
Jeśli czytając to, myślisz: „To o mnie”, to chcę, żebyś usłyszała jedno: właściwie każdy z nas w pierwszym odruchu tak podchodzi do zmiany. Próbujemy eliminować to, czego nie lubimy, albo doklejać to, czego pragniemy. Tylko że w rodzicielstwie to zwykle nie wystarcza, bo tu nie chodzi tylko o to, żeby „przestać krzyczeć”. Chodzi o to, żeby zmienić styl rodzicielski, a to wymaga zmiany tego, co dzieje się w środku: przekonań, interpretacji i kontaktu z ciałem.

Poznaj progrma mentoringowy, który zrewolucjonizował życie setek rodzin.
Zaproś do swojego rodzicielstwa więcej jasnosci. Zaufaj swojej intuicji, porzuć metody i odkryj moc wewnętrzengo prowadzenia.
Dlaczego krzyk w rodzicielstwie wraca
Na czym polega zmiana stylu rodzicielskiego?
W wersji „starej” krzyk Cię przeraża, bo wierzysz, że sam fakt jego pojawienia się znaczy, że krzywdzisz dziecko.
W wersji „nowej” masz uporządkowane przekonania: nie wpadasz w panikę, kiedy czujesz napięcie. Umiesz wyrazić siłę bez ranienia.
Wtedy wieczorem, przy zębach i „idziemy spać”, nie musimy udawać spokojnej. Mówimy przyjacielsko i stanowczo, a ton jest spójny z tym, co czujemy — czasem spokojny, czasem podniesiony — a my nie tracimy gruntu pod nogami. Czujemy się jak kapitan statku w czasie sztormu.
Jeśli chcesz iść właśnie w tę stronę, to do takiej zmiany zapraszam Cię w programie mentoringowym „Łatwiejsze rodzicielstwo”. Tam nie pracujemy nad kneblowaniem siebie. Pracujemy z tym, co pod powierzchnią zachowania, żeby zmiana była trwała, a nie „do pierwszego gorszego dnia”.
W praktyce oznacza to, że:
porządkujemy Twoje przekonania, zwłaszcza te, które wkręcają lęk i robią z Ciebie strażnika,
rozbrajamy interpretacje codziennych sytuacji, które automatycznie podbijają napięcie,
odzyskujesz kontakt z ciałem.
A z czasem dzieje się to, co jest najcenniejsze: zaczynasz wracać do siebie. Jest w Tobie więcej jasności, mniej paniki i więcej zaufania do swojej intuicji.
Na koniec zapraszam Cię do podcastu „O relacjach na głos”, w którym szczególnie szczegółowo wyjaśniam na czym polega zmiana stylu rodzicielstwa.






0 komentarzy