
Czasami wsparcie utrwala trudność
Dzisiaj poruszę temat diagnoz z nieco innej perspektywy – nas dorosłych. Wydaje mi się to ważne w kontekście naszych dzieci, ponieważ jakby nie patrzeć wychowujemy je do dorosłości… Będzie długo i niestety myślę, że może nie być łatwo. Wierzę jednocześnie, że nie powinniśmy unikać trudnych tematów, ponieważ od tych rozmów naprawdę dużo zależy. |
Kiedy spotykam się z historią dorosłej osoby, która dopiero po otrzymaniu diagnozy zaczyna mówić o akceptacji wobec zachowań, których wcześniej w sobie nie akceptowała, pojawia się we mnie pytanie: co musiałoby być inaczej, by mogła dać sobie tę akceptację bez diagnozy? I niemal od razu pojawia się kolejne – jak to robić w relacji rodzic-dziecko, by one bez diagnozy umiały sobie dawać tę akceptację?
Szczególnie to drugie pytanie wraca do mnie też wtedy, kiedy słucham, jak wielu dorosłych dziś opowiada o sobie. Słychać w ich słowach: moje ADHD, jestem autystyczny, moja wysoka wrażliwość sprawia, że… Słychać dużo wiedzy o zaburzeniu. Dużo diagnostycznego języka opisu. Dużo rozumienia mechanizmów. A jednak po takiej rozmowie często nie wiem, kim jest człowiek, którego właśnie słuchałam. Znam jego trudność, ale nie poznaję jego.
I myślę sobie, że to jest jedna z pułapek naszych czasów.
Bo oczywiście, diagnoza może przynieść ulgę. Może coś nazwać. Może pomóc zrozumieć siebie. Może zdjąć z człowieka część niepotrzebnego wstydu. Ale jest cienka granica między rozumieniem siebie a zbudowaniem siebie wokół swojej diagnozy.
Kiedy diagnoza staje się centrum, bardzo łatwo stracić coś ogromnie ważnego: wpływ.
Kiedy spotykam się z historią dorosłej osoby, która dopiero po otrzymaniu diagnozy zaczyna mówić o akceptacji wobec zachowań, których wcześniej w sobie nie akceptowała, pojawia się we mnie pytanie: co musiałoby być inaczej, by mogła dać sobie tę akceptację bez diagnozy? I niemal od razu pojawia się kolejne – jak to robić w relacji rodzic-dziecko, by one bez diagnozy umiały sobie dawać tę akceptację?
Szczególnie to drugie pytanie wraca do mnie też wtedy, kiedy słucham, jak wielu dorosłych dziś opowiada o sobie. Słychać w ich słowach: moje ADHD, jestem autystyczny, moja wysoka wrażliwość sprawia, że… Słychać dużo wiedzy o zaburzeniu. Dużo diagnostycznego języka opisu. Dużo rozumienia mechanizmów. A jednak po takiej rozmowie często nie wiem, kim jest człowiek, którego właśnie słuchałam. Znam jego trudność, ale nie poznaję jego.
I myślę sobie, że to jest jedna z pułapek naszych czasów.
Bo oczywiście, diagnoza może przynieść ulgę. Może coś nazwać. Może pomóc zrozumieć siebie. Może zdjąć z człowieka część niepotrzebnego wstydu. Ale jest cienka granica między rozumieniem siebie a zbudowaniem siebie wokół swojej diagnozy.
Kiedy diagnoza staje się centrum, bardzo łatwo stracić coś ogromnie ważnego: wpływ.
Człowiek zaczyna wtedy ustawiać się wobec siebie jak ofiara swojej diagnozy. Coraz mniej pyta: co ja z tym zrobię? Coraz częściej mówi: to efekt zaburzenia. Przerzuca odpowiedzialność na zaburzenie. I nawet jeśli brzmi to dziś bardzo niewinnie, bardzo świadomie i współcześnie, wcale nie musi służyć rozwojowi.
Weźmy prostą sytuację. Ktoś czuje wstyd, kiedy odwiedza go znajomy i widzi bałagan w domu. Bycie w kontakcie z tym wstydem mogłoby być dla niego czymś naprawdę rozwojowym. Mogłoby uruchomić pytania o odpowiedzialność, o wybory, o własne nawyki, o to, co robi ze sobą w sytuacji napięcia. Tymczasem coraz częściej słyszymy dziś inne zdanie: mam ADHD, więc kiedy mam posprzątać, zaczynam krążyć między różnymi rzeczami i ostatecznie nie robię nic do końca.
I jasne, to może być prawda. Tylko warto zapytać: co dzieje się dalej? Czy ta diagnoza pomaga temu człowiekowi lepiej rozumieć siebie, żeby mógł dojrzalej działać? Czy raczej wygodnie przenosi uwagę z niego samego na etykietę i zwalnia go z odpowiedzialności?
Bo to są dwie różne rzeczy.
Prawdziwym sprawdzianem może okazać się nie to, jak dużo wiem o swoim zaburzeniu, ale do czego ta wiedza naprawdę mnie prowadzi. Do czego jej używam? Czy z jej pomocą żyję coraz pełniej? Czy moje relacje stają się dojrzalsze i bardziej stabilne? Czy mam coraz więcej wewnętrznej pewności i sprawczości? CZY JESTEM ZWYCZAJNIE BEZ FAJERWERKÓW, TAK NAPRAWDĘ WEWNĘTRZNIE SZCZĘŚLIWA/Y?
Czy może dzieje się odwrotnie? Relacje robią się coraz trudniejsze. Otoczenie coraz bardziej spolaryzowane. Bez psychologiczno-terapeutycznego wsparcia coraz trudniej mi wyobrazić sobie życie. Coraz łatwiej wytykam innym ich diagnozy i wypycham ich do terapii. Coraz częściej myślę, że tak dużo robię, a inni i tak tego nie doceniają.
Jeśli rosnąca świadomość w widoczny sposób nie przekłada się na jakość życia, to być może warto spojrzeć na to właśnie z perspektywy wpływu.
W temacie o którym piszę wydaje mi się ważne, jeszcze jedno pytanie: jak my się tu znaleźliśmy? I czy na pewno nasze dzieci prowadzimy dziś w inne miejsce?
Nas doprowadziła tu autorytarna surowość. Rodzice upokarzali, zawstydzali, poganiali. Więc kiedy w dorosłości w końcu pojawia się diagnoza, może stać się czymś w rodzaju parasola życzliwości, który człowiek rozpościera nad swoimi niedoskonałościami.
Ale podobnie może działać też przeciwna postawa. Dzieci, których świadomi rodzice od początku otaczają trudność nadmiernym fokusem, zrozumieniem i wyręczaniem, również mogą wyrosnąć na dorosłych, dla których centrum staje się trudność i oczekiwanie, że świat rozłoży nad nimi parasol życzliwości.
Dwie strony tej samej monety.
W obu przypadkach można stracić z oczu najważniejsze pytanie: kim jestem poza diagnozą?
Chodzi o to, by nie czynić z trudności centrum. Chodzi o to, by sobie tego nie robić, bo kiedy używamy diagnozy do tłumaczenia swoich zachować, wyborów i decyzji, to odbieramy sobie możliwość pełnego rozwoju. Możemy coraz lepiej rozumieć własne ograniczenie, a jednocześnie coraz słabiej rozwijać siebie.
Więcej w odcinku podcastu:

Poznaj progrma mentoringowy, który zrewolucjonizował życie setek rodzin.
Jeśli chcesz zacząć wspierać rozwój dziecka i przestać opierać się na popularnych, ale powierzchownych wskazówkach, w tym programie się tego nauczysz.






0 komentarzy